Nazywam się Gosia Zamorska, jestem animatorką kultury i pedagogiem ulicy. Od 2011 roku związałam się z Subiektywną Linią Autobusową.
Do stoczni po raz pierwszy przyjechałam z moją mamą, tramwajem numer 8, kiedy miałam kilka lat. Właściwie tylko ją mijałyśmy – długi mur, a przy nim tłumy robotników, hałas, krzyki, skandowanie. Moja mama wyjęła karteczkę, na której przedtem narysowała czerwoną kredką literę V, przyłożyła ją do szyby. Tramwaj mija stoczniowców, jedziemy dalej.
Tym samym tramwajem dojechałam tu w 2011 roku – już jako koordynatorka Subiektywnej Linii Autobusowej, projektu realizowanego przez Instytut Sztuki Wyspa. Stocznia wydała mi się wtedy opuszczona i martwa. Stopniowo zaczęłam odkrywać, że większość z tych zarośniętych, ślepych budynków z powybijanymi oknami nadal żyje. Poznałam ludzi z Wyspy, zaczęłam rozmawiać z naszymi przewodnikami, panami Jankiem Krygerem i Romkiem Łopuchowem, panem Tadeuszem z przybramowego kiosku, robotnikami, ochroniarzami, i odkryłam w tych rozmowach stocznię Schichaua, Cesarską, Lenina, stocznię Młodego Miasta i stocznię Wyspową, stocznię z napisem Souvenire i ze skrzydłami z żurawi, jak u Iwony Zając, i wreszcie stocznię turystów, wspominaną i dopiero przeczuwaną, z pytaniami o ten słynny mur i o bezprzewodowy internet.
Ze stoczni najbardziej lubię drzewa i wdzierającą się wszędzie trawę.